Jesień kojarzy się z końcem ale i początkiem czegoś nowego. Słońce oświetla nam taflę krócej i mniej intensywnie. Las koloruje się na żółto, czerwono i brązowo. Temperatura wody gwałtownie maleje pobudzając drapieżniki i białoryb do żerowania. Ryby też czują co się święci i gorączkowo przygotowują się do nadchodzącej zimy.

Czas wielkich kompromisów

Okres jesienny wiąże się dla mnie z wielkimi wędkarskimi dylematami i rozterkami. Nie wiem czy chwytać za spinning gdy widzę rozbryzgującą się wodę pod ciężkimi cielskami boleni czy zarzucać feedery w poszukiwaniu grubych jesiennych leszczy. Wtedy poza gruntówkami i odległościówką w pokrowcu znajduje się miejsce dla spinnigu, a w plecaku pudełko ze sprawdzonymi przynętami.

To był kolejny taki dzień, a raczej wieczór. Skończyłam pracę dosyć wcześnie i musiałam odreagować tydzień. Najlepszym lekarstwem zawsze jest i było wędkarstwo. Idąc na miejscówkę zaobserwowałam grzbiet pięknej rapy przecinający taflę wody w pogoni za białorybem. Miałam spinning i kilka przynęt, które już skutecznie zapinały bolenie więc przystanęłam na miejscówce. Kolejny rzut i podprowadzenie pod trzcinę zaowocował uderzeniem w wobler, który wyskoczył ponad powierzchnię, przekręciłam korbką by go zatopić i w tym samym momencie nastąpił strzał!

Piękne branie z powierzchni, całe cielsko plasnęło z gracją i odjechało; zaczęła się walka o wszystko. Kij wygiął się w pałąk a rapa zawróciła w kierunku otwartej wody, by chwilę później niespodziewanie zboczyć z obranego toru. Ujrzałam mojego przeciwnika na przeciw mnie i tylko moment wystarczył, by mi uświadomić, że to jeszcze nie koniec zabawy. Z obu stron byłam odcięta gęstymi trzcinami, a rapiszon korzystając z okazji wparował w te po mojej lewej jak rozwścieczona lokomotywa. Nogi mi zmiękły gdy pomyślałam, że to koniec i ryby już nie ma. Nie czułam pulsowania, żadnej reakcji na pociąganie ani luzowanie kołowrotka czy granie na plecionce. Już chciałam wejść za nim ale jeszcze raz mocno pociągnęłam na kołowrotku w swoją stronę wyrywając przy tym kilka trzcin, które nieoczekiwanie zaczęły odjeżdżać z powrotem w kierunku otwartej wody.

boleń na spinning

To już była tylko formalność aby wykończonego bola podprowadzić pod brzeg i podebrać. Choć sama do końca nie wiem kto był bardziej zmęczony. Po zrobieniu zdjęcia uwieczniłam jego uwolnienie kamerką. Poza tą rybą zanotowałam jeszcze pięć brań, niestety zakończonych fiaskiem. Jedna ryba nie trafiła w poppera, którym wdzięcznie rozchlapywałam wodę na powierzchni, a cztery brania były jedynie tępymi łupnięciami ryb, które bez większego efektu odpływały straszyć dalej. Mimo to po spotkaniu z ciekawym Bolesławem byłam spełniona spinningowo i zadowolona mogłam wziąć się za poszukiwanie ryb spokojnego żeru.

boleń na woblera

Zmiana taktyki

Przygotowałam zanętę z serii method feeder o aromacie truskawka-ryba, którą do wstępnego nęcenia dopaliłam kukurydzą konserwową i pelletem halibutowym o średnicy 12 mm. Do podajnika stosowałam pellet o aromacie truskawkowym i średnicy 2 mm, który po namoczeniu otoczyłam suchą zanętą, tą samą, którą stosowałam do nęcenia. Wędkowałam na feeder i gruntówkę z koszykami do methody o masie 20 g. Zestawy skonstruowałam nieprzelotowo. Hak nr 10 z oczkiem i gumką na włosie zamontowałam na przyponie grubości 0,14 mm o długości 10 cm.

Zanęciłam procą i zarzuciłam wędki. Nie minęło wiele czasu gdy zanotowałam pierwsze branie na przynętę typu pop-up w wielkości 7 mm x 10 mm (tzw. dumbels), która nie unosiła haka a jedynie majestatycznie dyndała się na boki. Od pewnego czasu kolor różowy i aromat malinowy robiły na tym łowisku robotę i tym razem nie było inaczej.

Przełamać stereotypy

Systematycznie co 1,5-2 h donęcałam porcją grubszego pelletu na okoliczność gdyby wpłynęły większe leszcze, by przytrzymać je w łowisku dłużej dając sobie tym samym szansę na przechytrzenie tych najgrubszych i najcwańszych. Na miejscówkę dotarł kolega i postanowiliśmy tego dnia powędkować nieco dłużej. Po zachodzie niestety brania się urwały. Choć do tej pory używane przeze mnie smaki zdawały egzamin to po zmierzchu coś się zmieniło i dlatego zaczęliśmy eksperymentować, by przedwcześnie nie wrócić do domu. Kolega wyjął swoją tajną broń w postaci pelletu o aromacie czosnku, którym zanęciłam z procy, aby dotarł na odpowiednią odległość. Ten sam smak powędrował na włos. Na efekt nie trzeba było długo czekać. Łowisko ożyło a wraz z nim dwoje wędkarzy obudziło się z letargu. Co chwilę, któreś z nas notowało branie. Silniejsze czy delikatniejsze pociągnięcie zestawu oraz coraz częstsze obcierki. Leszcze zainteresowały się nowym zapachem, który pobudził je do żerowania. To świadczy tylko o tym, że nad wodą nie ma sensu sztywno trzymać się obranych wytycznych. Trzeba eksperymentować; jeżeli coś nie działa lub w pewnym momencie przestaje dawać efekty nie katujmy wody i siebie samych tylko spróbujmy coś zmienić. Niekiedy drobna modyfikacja zestawu może okazać się kluczem do sukcesu; inna długość lub grubość przyponu, zmiana haka, prezentacji przynęty czy smaków zanęty i przynęty mogą dać lepszy efekt niż zarzucenie zestawu i konsekwentne czekanie na branie.

leszcz jesienią

Na pewno jeszcze niejedna nocka da możliwość spotkania z grubymi jesiennymi leszczami, które dopiero zaczęły swoje jesienne harce, a w międzyczasie zachęcam do polowania na drapieżniki, które już się ruszyły domagając się naszej uwagi.

Poprzedni artykułBitwa Na Ryby – odcinek 7
Następny artykułLekki spinning jesienią
Wychowałam się nad jednym z mazurskich jezior. Jestem wędkarką z dziedziczenia po Dziadku i Tatku, kontynuuję ich przygodę z wędką. Pisuję czasami do czasopism wędkarskich, jestem testerką sprzętu wędkarskiego firmy Dragon oraz prowadzę swoją stronę na Facebooku i na blogspot, a można mnie znaleźć pod nazwą Wędkuj ze Szpulą. Pasja wypełnia mój czas całkowicie nie pozostawiając chwili na nudę.

11 KOMENTARZE

  1. Piękna rapa. Gratulacje. Leszcz także niczego sobie. Swoją droga to tak szczerze mówiąc wędkarze staja się teraz bardzo uniwersalni i w zależności od tego czego wymaga łowisko, to po prostu robią. Widzę, że tez nie masz problemu szybkiego przejścia za spinningowania do feederka czy matchówki. Gratulację także za nocne wędkowanie. JA już chyba bym się nie odważył.

    • Dziękuję bardzo. Oczywiście lubię wiele metod ale moją ulubioną w sezonie letnim jest feeder, zaś najbardziej kocham wędkarstwo podlodowe licząc na srogą zimę. W zależności od warunków i pory roku dostosowuję się. Co do odwagi – sama próbowałam ale nie mam stalowych nerwów haha w kupie siła 😀 Zaufany kompan w nocy nad wodą – Bezcenny! A i jest komu fotkę pstryknąć hehe

  2. Bardzo ładny połów Magda. Coś czuję, że jeszcze ten sezon zaowocuje w ładne rybki, nie tylko drapieżniki. Sporo piszesz o dumbelsach, pelletach, ale myślę, że do łask wrócić też czerwony robaczek, czy pineczki. Jeszcze póki ładna pogoda można łowić nieco grubiej. Powoli jednak będziemy odchudzać zestawy. 🙂

  3. Jeśli mogę coś moim skromnym zdaniem powiedzieć, to zapewne warunki w piątek i niedziela dość mocno będą odbiegać od siebie. Pogoda ma się zmienić? Ale myślę, że tak doświadczony wędkarz jak Ty poradzi sobie 🙂
    Piękne rybki połowiłaś. Czas ruszać nad wodę. Czekam z niecierpliwością kiedy skocze na szczupa i okonia.