Pełnia lata nie wpisała mi się w pamięć jakoś szczególnie pod znakiem czerwonookiego zielonoskórego bandyty. Chyba dlatego, że do tej pory był on głównie przyłowem a te nie cieszą tak bardzo jak ryby wypracowane. Dopiero u schyłku okresu wakacyjnego pogoda się unormowała i kilka upalnych dni bez anomalii pogodowych zachęciło mnie do zapolowania na najpiękniejszą i w dodatku najbardziej waleczną z ryb naszych wód.

Obranie strategii jest pierwszym z kroków, które zbliżają mnie stopniowo do zwycięstwa i usatysfakcjonowania. Złowienie lina podczas wędkarskiej wyprawy na płotki na pewno podnosi puls i dodaje energii ale sam połów nie cieszy aż tak bardzo, jak złowienie go z rozmysłem.

Jest kolejny upalny dzień. Kończę pracę o 12:00 z myślą, że słońce nie ma litości. Mam jednak jeszcze trochę czasu zanim schyli się nad horyzontem i przestanie tak dokuczać. To już końcówka lata ale dopiero teraz można powiedzieć, że pogoda się ustabilizowała, bo od kilku dni słonko przypieka niemiłosiernie jakby chciało powiedzieć: korzystaj bo niedługo udaję się na wypoczynek. Nie chcę tracić czasu więc pakuję dwie puszki kukurydzy konserwowej, zanętę o słodkim zapachu marcepanu, jeden kij matchowy z kołowrotkiem z żyłką 0,20 mm oraz pudełko z akcesoriami. Szykuję ponton, silnik i akumulator by niedługo móc wypłynąć na otwartą wodę.

Dopływam na skraj trzcin po drugiej stronie jeziora, w pobliżu których falują na powierzchni liście nenufarów. Kotwiczę kilka metrów od miejscówki gdzie 2 m głębokości mają mi dać linowe brania. Rozrabiam zanętę z dodatkiem zawartości jednej puszki kukurydzy, z której formuję kule i nęcę punktowo w pobliżu roślinności. Co jakiś czas silniejszy podmuch wiatru odwraca liście pływające na powierzchni. Poza tym cisza. Słonko pochyla się nad głową i dają się słyszeć pierwsze cmoknięcia. Lin zaczął wielkie żerowisko. Letnia pora daje szansę na profesora. Największa jednak okazja spotkania z nim to okolice wschodu i zachodu słońca. Wtedy są najmniej ostrożne i dobrze żerują, a i żar z nieba tak nie doskwiera.

Montuję zestaw. Na haczyku numer 8 spoczną dwa dorodne ziarna kukurydzy. Przypon z żyłki 0,14 mm podczas gdy główna ma 0,18 mm są wystarczające przy odpowiednim ustawieniu hamulca kołowrotka wspomaganego pracą wędziska. Najważniejsze to prawidłowo pozaciskać węzły również ten na haku. Zestaw gruntuję tak, aby pierwsza śrucina sygnalizacyjna znajdowała się nad dnem a hak z przynętą i kawałkiem przyponu leżał delikatnie na dnie. Zarzucam w zanęcone miejsce i czekam.

Po kilkunastu minutach i kilku wyjętych krasnopiórach zauważam bąble w nęconym obszarze. Liny dały się skusić i wyszły z ukrycia za zapachem dania głównego jakim dziś szef kuchni je poraczył: tzw. marcepanowa kukurydza.

Medalowa wzdręga

Po niedługim oczekiwaniu spławik o wyporności 4 g rozpoczyna swój taniec; lekkie przytopienie, odjazd to w lewo o kilka centymetrów, to w prawo i znów przytopienie. Smakuje moją przynętę ale nie chce dać się podejść. Po chwili piękny odjazd kwituję zacięciem ale niestety tym razem pudło! Nie zrażam się, zakładam nową przynętę i zarzucam trochę dalej po czym ściągam znów w to samo miejsce, pociągnięciem szczytówki zatapiam żyłkę i znowu czekam. Jak się okazuje nie można się nudzić bo tym razem pewne branie przytapia do połowy spławik i ciągnie go w bok. Energicznym ruchem szczytówki wbijam haczyk w rybi pyszczek i zaczyna się walka z kilogramem mięśni ukrytych pod zielonym kamuflażem. Na półmetku jeszcze jeden odjazd pod ponton i udaje się podebrać cwaniaka.

Lin latem

Piękne i zdrowe linisko łypie na mnie spode łba, a takie spojrzenie współczuciem zalatuje. Widzę, że w miejscu, w którym przed chwilą wziął, bąble tworzą kipiel więc nie tracąc czasu zostawiam linka do odpoczynku w podbieraku zarzucam zestaw by po chwili stoczyć emocjonującą walkę z kolejnym ślicznym potworkiem. Wspólna fota daje mi ogrom satysfakcji. Na koniec uwieczniam wypuszczenie kamerką i wracam do łowów.

Liny są intrygującymi i trudnymi przeciwnikami. Trzeba wczuć się w sposób w jaki żerują aby zbyt wcześnie, ani zbyt późno nie zaciąć. Każde spojrzenie w jego oczy wprawia mnie w zachwyt i osłupienie wywołując nieopisane uczucie litości. Aż w sercu ściska coś, że chce się wypowiedzieć życzenie pocałować i wypuścić – zawsze to życzenie wypowiadam, a brzmi ono: rośnij duży i zdrowy, omijaj haczyki, oprócz mojego – ja się tylko przywitam i znowu Cię wypuszczę.

Pozdrawiam, Szpula 🙂

Poprzedni artykułNocny sandacz
Następny artykułProfess Fishing – oferta i produkty firmy
Wychowałam się nad jednym z mazurskich jezior. Jestem wędkarką z dziedziczenia po Dziadku i Tatku, kontynuuję ich przygodę z wędką. Pisuję czasami do czasopism wędkarskich, jestem testerką sprzętu wędkarskiego firmy Dragon oraz prowadzę swoją stronę na Facebooku i na blogspot, a można mnie znaleźć pod nazwą Wędkuj ze Szpulą. Pasja wypełnia mój czas całkowicie nie pozostawiając chwili na nudę.

18 KOMENTARZE

  1. Piękne liny i wzdręga:) Gratuluję udanego połowu. Nie każdy ma szczęście łowić w takich warunkach. Jak widzę za tobą piękne łowisko. Trochę mi to przypomina wędkowanie za dawnych lat, zanęcić, rzut pod trzcinkę i czekamy na rybę 🙂 Takie liny u was to standard?

    • Cześć Mario 🙂 Dziękuję. Tym razem jak i w niedzielę ze spontana 😉 Zanęciłam wstępnie przed samym wędkowaniem i sukcesywnie donęcałam 😉 Najważniejsze wykorzystać panujące warunki i się dostosować. Odpowiedni wybór miejsca jest kluczem do sukcesu 🙂