Wszystkim znany i popularny na całym świecie, szczególnie w Skandynawii i Ameryce Północnej, sposób łowienia określany również jako „dorożka”, w Polsce można powiedzieć, że stawia dopiero swoje pierwsze kroki. Na ile nasza wiedza jest pewna co do łowienia tą metodą, zależy jak wygląda to w praktyce. Przyjrzyjmy się zatem jak radzą sobie nasi wędkarze i jak stosuje się tą metodę na świecie.

Kilkanaście lat temu chcąc dowiedzieć się czegokolwiek o tym sposobie łowienia, można było wertować kartka po kartce najbardziej wiarygodne czasopisma, encyklopedie i strony internetowe, ale na próżno. Technikę łowienia na przynętę holowaną za łodzią w polskich wodach była niedozwolona. Kiedy przepisy się zmieniły, mało kto wiedział jak zabrać się do łowienia metodą trollingowania, tym bardziej, że sprzęt też pozostawiał wiele do życzenia. Nie zawiodła natomiast kreatywność wędkarzy, którzy zaczęli ciągać za łodzią wszystko co znajdowało się w podstawowym wyposażeniu wędkarskim. Testowanie obrotówek i woblerów , które prowadzili w toni za pomocą kijów spinningowych. Wybierali mocno wibrujące przynęty wyraźnie wyczuwalne na dolniku i szczytówce trzymanej w ręku wędki. Tym sposobem szybko orientowali się, czy ciągną zahaczone rośliny czy wyczekiwaną rybę.

Mimo paru przeszkód w Polsce metoda ta ma wielu zwolenników. Mało tego możemy podzielić ich nawet na kilka grup. Pierwsi to wędkarze łowiący sumy. Posługują się mocnymi i krótkimi kijami, które osadzają w uchwytach, z dużymi kołowrotkami i żyłką o średnicy 0,30mm do 0,40mm plus woblery nurkujące na 6-10 metrów. Swoich zdobyczy szukają w zbiornikach zaporowych, dużych rzekach z dużymi i głębokimi rynnami. Sporadycznie w tych miejscach na wędkę może rzucić się sandacz, rzadziej szczupak lub okoń. Drudzy to amatorzy szczupaków. Sprzęt podobny do pogromców sumów, różniący się jedynie przynętą różnej wielkości, wśród której dominują woblery. Łowiska to przede wszystkim duże jeziora, zbiorniki zaporowe i dolne odcinki wolno płynących rzek. No i trzecia grupa przedstawia nam trollingistów niedzielnych, dla których ta metoda jest odpoczynkiem od wielogodzinnego spinningowania. Nie nastawiają się połów ryb konkretnego gatunku, jak też stosują te same wędziska co przy spinningu. Przynęty maja się podobnie: niewielkie woblery, gumy, wirówki. Dlatego ich zdobycze ograniczają się do okoni, średniej wielkości sandacze i szczupaki. Większe okazy uciekają im sprzed nosa, bo bez problemu radzą sobie z cienkimi żyłkami i giętkimi kijami.

Warto przypatrzyć się naszym kolegom zza granicy, którzy z pewnością maja większe doświadczenia z trollingowaniem. Nasi północni sąsiedzi tą metodę traktują jako podstawę wędkowania zarówno w wodach morskich jak i słodkich. W Szwecji nie idą na łatwiznę i stosują więcej niż jedno wędzisko. Jachty motorowe ciągnące 10, czasami nawet więcej przynęt robią wrażenie. Takie „masowe” trollingowanie wymaga lat doświadczeń i dobrej organizacji pracy. Przynęta wypuszczana jedna po drugiej, z zachowaniem odpowiedniej odległości ma za zadanie penetrować jak największy obszar wody. Stosowany jest system Downringger, który prowadzi przynęty na dużych głębokościach np.10-30m. Urządzenie składa się z mechanicznej lub elektrycznej windy, która służy do opuszczania i podnoszenia ciągniętego ciężarka do którego mocuje się żyłkę z przynętą.

Patent z USA też jest godny uwagi. Wyróżnia się tym, że za niewielką łodzią holowane są cztery, a czasami nawet sześć przynęt! System nazywa się YELLOW BIRD BOARD. Posiada on specjalnie wyprofilowana deseczkę, która wyposażona jest w mocny klips podtrzymujący żyłki i agrafkę.

W polskich wodach stosowanie powyższego patentu może być marzeniem ściętej głowy. Posiadamy niewiele rozległych wód (poza Bałtykiem) na których moglibyśmy swobodnie trollingować jak to robią w krajach skandynawskich. Zniechęcać mogą również koszty stosowania tej metody. Zużywane przez silnik niemałe litry paliwa nie polepszą naszych połowów, a też jedna przynęta nie wystarczy do spenetrowania nawet niewielkiego łowiska.

Mogę więc jedynie zachęcić wędkarzy do wspólnych wypraw nad wodę, aby łowili we trzech lub więcej, a wtedy zagraniczne patenty jak najbardziej się sprawdzą.

Nie zniechęcajmy się i pędźmy do swoich łódek:)