To był zwyczajny, słoneczny, letni dzień. Ja jak zwykle wybrałem się na ryby. Tym razem jednak wolałem pojechać gdzieś dalej, niż na „swoje” zalewy i stawy w okolicy. Znudziło mi się też łowienie okonków czy 20 centymetrowych jazi na pobliskiej Tuszymce. Wsiadłem więc w auto i pojechałem na słynącą ze sporych kleni- Wielopolkę. Ta rzeka już na wiosnę obdarowała mnie pięknym, 44 centymetrowym kleniem. Dlatego pomyślałem, że latem może tutaj siąść coś naprawdę fajnego. Niestety na miejscu zastałem zarośnięte pokrzywami brzegi. Dojście do moich miejscówek było niemożliwe. Jedynie pod mostem drogowym, przy którym zaparkowałem auto można było dojść do wody. W końcu, mimo stromego i zarośniętego brzegu, udało mi się tam dotrzeć. Miejsce, które mogłem obłowić było niewielkie. Wielopolka, mimo spokojnego nurtu, ma czasem przy mostach usypane przegrody z kamieni, przy których tworzą się ostre wiry i wlewy. Ja miałem do obłowienia, tak naprawdę, dwie dziury między kamieniami. W kilku pierwszych rzutach złowiłem klenika i zaraz miałem kolejne branie. No dobra, pomyślałem, chwilkę tu porzucam i jadę gdzieś indziej, bo przecież w jednym miejscu nie spędzę całego dnia. Zamachnąłem się, by rzucić woblerem jeszcze raz, gdy usłyszałem na moście kilka kroków. Po chwili, do wody z hukiem wleciał wielki, kolorowy wór. „Pakunek” wpadł prosto w moją dziurę, w której łowiłem. Trochę się zląkłem całym wydarzeniem i zakląłem, bo już miałem „połowione”… Jeszcze chwilę stałem na brzegu jak ogłupiały, gdy z dziury w worku zaczęły wyłazić młode koty. Szybkie wiry zabierały i wciągały je pod wodę… Po prostu ktoś topił małe i niepotrzebne koty! Nim przeszło mi osłupienie i wygramoliłem się przez krzaki na most, delikwenta już nie było. Inaczej zapewne zadzwonił bym na policję i jegomość grubo by beknął za znęcanie się nad zwierzętami. Te wydarzenia zainspirowały mnie do napisania tego artykułu.

W ostatnim czasie coraz modniejsza wśród wędkarzy staje się metoda „złów i wypuść”, C&R itp. Najgłośniej jest na ten temat na popularnym Facebooku. Wędkarze publikując zdjęcia ryb, zawsze pod postem piszą znaną formułkę C&R, albo że ryba wróciła w dobrej kondycji do wody. Każdy kto chce zabrać rybę jest mieszany z błotem i wyzywany od morderców. Zauważyłem, że internetowi wędkarze popadają w swoistą paranoję w temacie wypuszczania ryb. Ostatnio obserwowałem nagonkę na chłopaka, którego kleń został uznany za martwego, bo na zdjęciu miał blady kolor. Pod zdjęciem pojawiły się komentarze typu: “czy był smażony w bułce czy w mące”, “dobry był?” itp. Łowcę nazwano zbrodniarzem mimo jego zapewnień, że ryba żyje i ją wypuścił. Osobiście nie potrafię zrozumieć jaki cel ma aż tak ortodoksyjne podejście do zasady „złów i wypuść”. Dodatkowo, oglądając posty i zdjęcia wielu z tych linczujących “w szlachetnym celu” wędkarzy, odnoszę wrażenie, że nie rozumieją oczywistej sprawy. A mianowicie tego, że wystarczy ryby wypuścić by ona przeżyła. Bo ryby często są upaprane w błocie, leżą na piachu, są przetrzymywane bardzo długo poza wodą i mają robionych kilka czy kilkanaście zdjęć w różnych pozycjach, jak w sesji modowej do jakiś kolorowych gazet. A przecież głównym założeniem tej zasady jest przeżywalność złowionych ryb, a nie samo wyrzucenie często półmartwego truchła do wody. I wpływa na to o wiele więcej czynników, niż tylko zwrócenie jej wolności. Pamiętajmy że złowienie ryby zaczyna się już w momencie jej zacięcia. I tu pojawia się pierwszy czynnik, mianowicie hol. Panuje wśród wielu wędkujących moda na odchudzanie zestawów. Stosuje się tzw. ultralajtowe łowienie, superszybkie wędki i mini przynęty. Z jednej strony nie ma się co dziwić gdyż na taką drobnicę o wiele łatwiej złowić cokolwiek w polskich, przełowionych wodach. Ale chyba każdy chce łowić wielkie sztuki i to nimi chwalić się w Internecie. I tu dochodzę do sedna. Wyobraźmy sobie hol 50 cm klenia na żyłce 0.14, albo metrowego szczupaka na 0.18. Oczywiście da się go wyjąć, ale jakim kosztem? Walka z taką rybą na pajęczym zestawie przeciąga się w nieskończoność. A finalnie, wyjęta zdobycz jest tak wyczerpana, że ma o wiele mniejsze szanse na przeżycie. Dodatkowo, lwia część takich holów kończy się po prostu zerwaniem ryby, która odpływa z kotwicą w pysku. Czy naprawdę aż tak zależy nam na łowieniu małych kleników kosztem tych dużych, które po zrywce często zdychają albo przynajmniej chorują przez miesiąc, czekając aż kotwice wygniją i wypadną? A wystarczyło założyć grubszą linkę, większą przynętę, by szansa na wyholowanie dużej sztuki była większa. Kolejną sprawą jest obchodzenie się z rybą na brzegu i sposób jej wyhaczenia. Dzisiejsze sklepy oferują różnorakie szczypce czy wypychacze do haczyków, pozwalające na szybkie i bezpieczne odhaczenie ryby, zwiększając tym samym szanse na jej przeżycie. Należy też pamiętać, że wyjmując rybę z wody umieszczamy ją w skrajnie innym środowisku niż żyje na co dzień. Wystarczy, że ją złapiemy suchą ręką, przeturlamy po brzegu czy piachu, by zwiększyć prawdopodobieństwo na zachorowanie ryby przez uszkodzenie ochronnej warstwy śluzu. Stosowanie maty ma sens jedynie przy stacjonarnym łowieniu dużych ryb np. karpi czy sumów. Ale przecież nie będziemy targać za sobą maty przy aktywnym spinningowaniu, często nad zakrzaczonymi rzekami. Zamiast tego uważajmy na rybę minimalizując kontakt z nadwodnym środowiskiem. I co najważniejsze, szybko ją wypuśćmy.

jaź

Nieporozumieniem są też długie sesje fotograficzne z udziałem np. dużych szczupaków. Ryba wyjęta z wody, jakby topi się w naszym powietrzu. Innymi słowy-  dusi się. To jakby odwrotność sytuacji w której my toniemy. Przecież wystarczą szybkie dwa- trzy zdjęcia dla pochwalenia się okazem i niezwłoczne wypuszczenie ryby. Bo przecież nijak się to nie ima do „złów i wypuść”, skoro wyrzucamy rybę narażoną na choroby, z uszkodzonym śluzem, którą dusiliśmy na sesji foto 15-20 minut. Osobiście łowiąc ryby stosuję statystycznie grubsze żyłki niż powinienem wg obiegowych opinii. Używam też często większych przynęt, choć oczywiście czasem łowię na małe. Tym sposobem staram się łowić statystycznie większe ryby, by nie kaleczyć drobnicy. Ryby holuje raczej siłowo, starając się wyciągnąć je jak najszybciej, by nie były skrajnie wyczerpane. Nie onanizuje się emocjonującymi walkami na żyłkach grubości włosa. Bo jaka to przyjemność wypuścić rybę, która jest tak wyczerpana, że po godzinie walki na leciwym zestawie, słania się na boki? Potem telefonem robię dwa, trzy zdjęcia okazu i szybko wypuszczam zdobycz w naprawdę dobrej kondycji. Nie fotografuję też każdej rybki, a jedynie te duże i godne uwagi. Po prostu staram się by ryba jak najkrócej znajdowała się poza wodą.

kleń

Kilka razy miałem sytuację, w której niewielka ryba tak głęboko połknęła przynętę, że nie było jej widać, a kotwice tkwiły gdzieś w przełyku. Nie możliwe było ich wyjęcie dlatego, po prostu je zabiłem mimo, że nie miały wymiaru. Wiem, że zapewne zostanę uznany za zbrodniarza. Sądzę jednak, że wybrałem najbardziej humanitarne rozwiązanie. Bo jaki jest sens odciąć żyłkę i wypuścić rybę, która i tak raczej zdechnie z przynętą wbitą w bebechy? Za to zrobiłem to bardzo szybko by się nie męczyła. Nie zapewniłem mu agonii, którą przeżywa koleń po zrobieniu 20 zdjęć w 30 stopniowym upale. Nie popadajmy w swego rodzaju skrajności. Nie biczujmy się, że ryba się wyślizgnie i upadnie na brzeg, zbyt głęboko połknie kotwicę i musimy ją zabić albo zerwie żyłkę i odpłynie z haczykiem w pysku. Takie sytuacje zdarzają się każdemu. Ważne by dokonać jak największych starań i minimalizować ryzyko takich zdarzeń. A jeśli chcemy zabrać rybę? To ją weźmy, bo mamy do tego pełne prawo. Nie ma co słuchać durni, że jesteśmy mięsiarzami. Miejmy jednak pewien umiar. Jeśli raz na dwa tygodnie zabierzemy 60 cm sandacza czy leszcza, nic się nie stanie. Jednak należy pamiętać że woda to nie jest niewyczerpalne źródło pokarmu. A najbardziej ucierpi ona, jeśli zabierzemy te największe sztuki. Bo metrowy szczupak to stara samica która na wiosnę wyprodukuje ogromną ilość ikry. A to stanowi ogromnie ważną rolę dla populacji w danym zbiorniku. Bzdurą też jest twierdzenie, że lepiej kupić mrożoną rybę w sklepie. Podoba mi się jak mówił o tym Remigiusz Kopiej z Corona Fishing. Warto obejrzeć ich film na temat „złów i wypuść”, w którym Remek opowiada jak wygląda łowienie ryb na oceanie. Jak bardzo poławianie ryb z kutrów niszczy środowisko. I jak są traktowane ryby. Jak się to ma do ortodoksyjnej wręcz zasady co do wypuszczania ryb? Jak się to ma do całej przyrody? Ja wiem, że nawet jeśli wszyscy wędkarze przestaliby kupować ryby w sklepie, to i tak nie da to nic. Ale zastanówmy się następnym razem, gdy któryś z nas będzie jadł mintaja wypisując pogardliwe komentarze komuś, kto przyzna się do zjedzenia własnoręcznie złowionego szczupaka.

szczupak

Nawiązując jeszcze do wstępu, który dla kogoś może wydawać się nie na temat. Mieszkam od dziecka w małej wsi, gdzie rano sarenki często pasą sie na moim podwórku. Letnie wieczory upływają w akompaniamencie gry świerszczy, a nad pobliską rzeczką bobry budują swoje konstrukcje. Ta bliskość przyrody wyrobiła we mnie swoistą wrażliwość do przyrody. Dlatego, gdy pomyślę o sytuacji z kotkami, opisanej we wstępie, serce mi się kraje na brak empatii wśród ludzi wobec otaczającej nas na każdym kroku natury.

W żaden sposób nie uważam się za jakiegoś mentora, który zawsze ma rację. Ale obserwując całą tą internetową szopkę, zastanawiam się czy wędkarstwo nie przeradza się w swoistą hipokryzję, tak ostro podchodząc do wypuszczenia złowionej ryby. Czy w całym tym szale nie zapomina się o tym co naprawdę ważne? Że naszą podstawową powinno być “przede wszystkim nie szkodzić”. Zastanówmy się nad tym i walczmy o całą przyrodę, a nie tylko o to, by rybę wypuścić lub nie. Używajmy trochę zdrowego rozsądku nad wodą, a nie zachowujmy się jak bezmyślne maszyny. Nie ulegajmy internetowym modom i gadaninom, ale trzeźwo patrzmy na otaczającą nas rzeczywistość. Nie śmiećmy nad wodą czy pobliskich lasach, bo nie tyle rybom, ale jakiemuś innemu zwierzęciu możemy zaszkodzić ostrą butelką czy puszką. Będzie to też świadczyło o naszej kulturze. Szanujmy innych kolegów wędkarzy i nie nazywajmy ich zbrodniarzami tylko dlatego, że ktoś zabrał jakąś rybę do domu. Wyleczmy z naszych serc tą cholerną znieczulicę i zadufanie w sobie. Zamiast linczować i pouczać innych, sami zastanówmy się czy robimy wszystko dobrze. I nie zapominajmy że w doskonaleniu jakości wędkarstwa należy zacząć od siebie.