Wędkarstwo jest przygodą. Wiele niezapomnianych chwil nad wodą powoduje że chce się jeszcze i jeszcze..
Ale np zimą, kiedy wieczory długie, siedzi człowiek w domu bo ani na ryby po pracy nie ma kiedy pójść. Albo gdy deszczowy front od ruskich idzie, smagając zimnym wiatrem i ryby nie biorą, siedzimy z nosami przyklejonymi do szyby i wyczekujemy przejaśnień. Patrzymy wtedy w pudełka z przynętami,spławikami i innymi drobiazgami przekładając je z jednej przegródki do drugiej jakby to miało coś dać i oglądamy je w nieskończoność. Na drabinkach nawiązane jest milion zestawów a spławiki kupujemy by zawiązać następny i nie zabrać go nad wodę bo takich samych mamy już chyba z tysiąc. Spiningiści chorzy na pstrąga czy podlodowcy oszukując samych siebie,wmawiają sobie że minus dziesięć to jeszcze przymrozek. Za to letni łowcy narażając się na udar siedzą w pełnym słońcu i ciosają wzdręgę za wzdręgą. W każdym z nas, zew przygody wygrywa ze zdrowym rozsądkiem. A kiedy planujemy kolejna wyprawę, zamykamy oczy a w myślach wykonujemy kolejny rzut błystką pod zwalone drzewo. Ech… Wariaci z nas…

Pierwsze razy
Pierwszy raz na jakimś łowisku należy do takich wspaniałych przygód. Pamiętam, jesienią zeszłego roku pojechałem pierwszy raz na Wielopolkę w okolicach Witkowic. Przejeżdżając przez nią mostem myślałem że jest to rzeczka taka sama jak Tuszymka. Niewielka,wąska, ze spokojnym nurtem. Jakież było moje zaskoczenia gdy okazało się że Wielopoka ma bardzo silny nurt,jest szersza i o wiele głębsza niż Tuszymka. Ze słyszenia wiedziałem że są w niej pstrągi. ale po kilku rzutach woblerem złowiłem okonia i potem jeszcze kilkanaście ot 20-25 cm patelniaków. Kolejny rzut i…zaczep. Trach…urwałem wczoraj kupionego woblera. Szkoda bo była to ręczna robota. No ale cóż, poszedłem dalej. Wielopolka za każdym zakrętem ujawniała swoje piękne oblicze. Te wiry,zakola,pomycia,bystrza i warkocze. Aż się chciało tylko patrzeć na piękno i moc przelewających się przez zwalone drzewa spienionych kipieli. W końcu dotarłem do spokojniejszej wody. W którymś rzucie głęboko schodzącym Executorem Salmo, mam branie. Wiem że ryba nie jest duża ale ściągana i tak usiłuje walczyć,młynkować. Już myślałem że mam pstrąga jednak zdobyczą okazał się mały kleń. Ktoś powie, a tam, co to za ryby, parę okoni i klenik. Ale każdy krok nad nową rzeką,rozplanowanie łowiska,znalezienie miejsca w którym potencjalnie może być ryba i samo piękno nowej rzeki wynagradza niewielkie gabaryty ryb.

Polowanie na drapieżnika
Pamiętam jak dziś: poniżej jazu w Rudzie,kamienie opaski i bystra woda. Piasek i płytka woda,najwyżej po kolana. Jedynie po drugiej stronie,zaraz przy brzegu odrasta wierzba. Pod nią nurt wyrzeźbił jamę. Taki mini dołek, metr na metr z wodą na tyle głęboka że nie widać dna. W tym to miejscu zobaczyłem klenia. Dokładnie to wyszedł mi z tamtąd za obrotówką. Ciężko go było złowić przede wszystkim dlatego że jeśli stałem w taki sposób, że on mnie widział to nie atakował. Dopiero kiedy schowałem się za krzakiem, zaczął interesować się przynętą. Jednak precyzyjne rzuty zza niego były bardzo trudne. Ja Cię tu dostanę-pomyślałem. Na prawdę stałem nad nim chyba z 40 minut,aż w końcu.. Trafiłem dokładnie w sam dołek, a błystka wystartowała w momencie wpadnięcia do wody. Po sekundzie nastąpił atak i pewne zacięcie. Nie był duży, miał ze 30 cm. Ale samo polowanie na niego pozostało do dziś w mojej pamięci. Oczywiście zwróciłem mu wolność…

Zakochani
Ostatnio siedzę na wiosennych płotkach(jak z resztą prawie codziennie) i obok mojego stanowiska w trzcinach coś zaczyna szurać. Widać po uginających się badylach że coś usiłuje się przez nie przedrzeć. Czekam więc z niepokojem. Myślałem że to jakiś bóbr,piżmak albo wydra. Pierwsza myśl była taka że jak to coś wyskoczy z tych szuwarów to narobię krzyku albo coś głupszego. Mijają sekundy,to coś jest coraz bliżej aż wreszcie moim oczom ukazuje się najpiękniejszy widok w życiu. Oto z trzcin wyłania się wielka samica szczupaka. No chyba z metr miała. Piękna i gruba jak noga mężczyzny. A obok niej ok 50 cm mały samiec. Ot tarło. Obydwie ryby zatrzymały się dosłownie pod moimi nogami. Powoli więc sięgnąłem po telefon żeby zrobić zdjęcie lecz ruch je spłoszył i uciekły.

Wędkarz doskonały?
Nie dawno zawoziłem kolegę na rozmowę kwalifikacyjną ok 50 km od domu. Stoimy wiec pod firmą i co ja patrze?!?! Za ogrodzeniem płynie rzeka. Heh a że wędkę miałem w bagażniku to:kumpel na rozmowę a ja hajda na ryby. Okazało się że to przepiękny strumień z krystalicznie czystą wodą. Jednak niedawno musiała być tam jakaś powódź bo wśród krzaków leżała masa śmieci. Niestety,nie złowiłem nic,za to widziałem masę narybku(pewnie pstrąga) i kiełbie. Czyli i ryba była. W 40 minut przeszedłem ok 300 metrów rzeczki. Piękna, słoneczna pogoda,bystra, górska rzeczka i tysiące świetlanych blików na wzburzonej powierzchni spowodowały szczery uśmiech i zadowolenie. I teraz tak sobie myślę że dla takich chwil wozić ze sobą wędkę i przede wszystkim warto łowić ryby.

A kiedy ryby już zbrzydną…
…bo przez kilka miesięcy nie pracowałem i bywałem nad wodą i trzy razy dziennie, można mieć alternatywę. Ja preferuje spacery po lesie. Zakładam słuchawki na uszy i kilka godzin błąkam się leśnymi drogami albo wśród drzew. Teraz kiedy wiosna zaczyna dawać o sobie znać fajnie tak obserwować jak wszystko robi się coraz bardziej zielone. Robię też zdjęcia oznakom wiosny jak i innym ciekawym rzeczom,leśnym potokom i strumykom itp. Nie zawsze wędkarstwo jest na pierwszym miejscu a sam kontakt z otoczeniem,przyrodą. Takie wypady polecam każdemu. Pooddychać świeżym powietrzem nie zaszkodzi nikomu a pobyt na łonie przyrody rozstresowuje i wycisza.

1 KOMENTARZ

  1. i jest kolejna część 🙂 nie mogłem sie doczekać 😉 miałem też podobną sytuacje co Ty tylko że ja nie odwoziłem kolegi na rozmowe kwalifikacyjną. Pojechałem do dziadków na nowo kupiona działkę a że też wozę czasami sprzęt wędkarski w bagażniku to udałem się na pobliski stawek. Okazało sieżę są w nim karpie do 4 kg. 🙂 oczywiście zacząłem łowić 🙂 i złowiłem 4 karpie w ciągu godziny 😉 dlatego czasami warto mieć wędkę w bagażniku 🙂